Rejs morski na Wyspach Kanaryjskich 2018 – etap 2

Na tym etapie reju morskiego orgaznizowanego przez Marin na Wyspach Kanaryjskich miało być słonecznie, ciepło, spokojne fale oceanu. Rejs w kierunku Feurtaventura. A co się okazało?

Dzień 1

13 stycznia rano pokład opuścili Dobrek i Stiepan a po południu dołączyli Kasia, Artur i Ludka oraz Krzysiek (skipper na kolejny tydzień). Wieczór upłynął standardowo na robieniu zapasów kambuzowych, szkoleniu nowej załogi i przeobrażaniu luźnej ferajny w załogę jachtu. Oczywiście na powitanie, kalmarki grillowane lub inne jedzonko wg upodobań załogi w miejscowej tawernie oraz, rzecz jasna:  uha jarra!

Una jarra

Dzień 2

Następnego dnia z samego rana, czyli haha o 0928 uruchomiono silnik.  0950 minęliśmy główki portu San Miguel, wychodząc w morze na spotkanie przygody. Przyjęliśmy kurs na Gran Canarię. Morze przywitało nas jak należy. Za główkami 7B. Potem nawet 8. Stan morza do 6. Wiatr niestety NE, więc  aby za bardzo nie oddalać się od kursu i przy okazji nie dać się wepchnąć w środek sztormu, poszliśmy na motogrocie. Oczekiwaliśmy rumianych z zadowolenia twarzy naszych nowych załogantów a tu nieoczekiwanie na policzki wpełzła zieleń. Zaplanowaliśmy na ten dzień krótki przeskok między wyspami, więc nieprzyzwyczajone do morza osoby jakoś dawały radę. Wachty sprawiały się znakomicie, mimo okresowych przerw na karmienie rybek czy czegoś tam innego. Właściwie nie ważne co było karmione, ważne że było. Jacht wznosił się, to opadał w doliny fal. Słone bryzgi co pewien czas dosięgały załogi. Wiatr szarpał wszystkim co się dało. Neptun (a może to Weles?) robił co mógł, żeby nam przeszkodzić, mimo, że złożyliśmy mu stosowną ofiarę z trunku jeszcze w porcie. Widać była za mała, a może mu nie smakowało. Szarpał szprycbudą i bimini na wszystkie strony. Były przydatne w tych warunkach, więc nie chcieliśmy się ich pozbawiać bez potrzeby.

Gdzieś około 1300 zauważyliśmy, że bimini łopoce jakoś inaczej. Łoskot metalu i łopot materiału zwrócił uwagę skippera. Wypadła jedna śrubka. Bimini latało we wszystkie strony pozbawione stabilności. Do pracy więc! Może złożyć całe bimini, by go nie stracić wraz z kaucją? Cóż, że zmokniemy i przewieje nas do kości. Mimo, że temperatura 22 stopnie, to silny wiatr wywiewa z nas drogocenne ciepełko. Gdy zaczniemy opuszczać bimini, zluzuje się materiał, jak dmuchnie i napełni się wiatrem, nie wiadomo jak się skończy. Odstąpiliśmy więc od tego pomysłu. Lepiej najpierw spróbować to naprawić. Nikt z wachty nie pcha się, aby sprawdzić zawartość skrzynki bosmańskiej. Pod pokładem można zostawić całą zawartość żołądka, jeśli komuś coś zostało. Prosimy Betty, już jest zaprawiona na morzu. W skrzynce nie ma nic, co można by wykorzystać. Znajdujemy kawałek krawacika. Podwiązanie elementów rozłożyło się na dwa etapy. Załapanie wstępne, vomitacja, poprawa wiązania. Jakoś trzyma. Nie na długo. Na jakieś pół godziny wystarczyło. Bum! Znów łoskot i łopot. Betty jednak okazała się niezawodna. Znalazła w swoich prywatnych zasobach zwykłą śródlądową szeklę. Wykorzystując jej śrubę i ucho dało się połączyć latające elementy bimini. Dzielnie asystowała w tym Ludka. Powinno się trzymać, tylko co jakiś czas, trzeba kontrolować, czy śruba się nie wykręca. Wykręcała się. Ale to już nie był problem do końca dnia i rejsu. Kilka ruchów ręką wystarczało, by znów była na swoim miejscu.

Dzięki wspomaganiu silnikiem szliśmy dość ostrym kursem. Gdy zbliżyliśmy się do Gran Canarii, można było odpaść, bo zapasu wysokości mieliśmy trochę. Pozwoliło to na odstawienie silnika i postawienie zrefowanego foka. I tak na zrefowanych żaglach, w końcu jak żeglarze płynęliśmy dalej w bryzgach fal. Na dole, jakieś latające talerze przypomniały o swoim istnieniu (i kto mówi, że UFO nie istnieje?) ale problem został szybko załatwiony. Po wejściu za Gran Canarię, która osłoniła nas od wiatru, można było jeszcze odpaść. Zrzuciliśmy więc szybko grota i baksztagiem, na zrefowanym foku pędziliśmy ku przeznaczeniu. Wiatr zmalał do 2, rozwinęliśmy całego foka i naprzód.

Kasia za sterem

Na podejściu do Puerto de Mogan, uruchomiliśmy silnik , zrzucili foka, przygotowali się do wejścia do portu. Udało porozumieć się z marinero. Weszliśmy na jajeczko w pierwsze Y-bomy jakie znaleźliśmy. Tak stoimy! Można wydać załodze alkohol! Wizyta w bosmanacie przekonała nas, że to nie miejsce dla nas. Jesteśmy za duzi. I już po zasłużonym odpoczynku! Nagrodę trzeba będzie przełożyć na później. Desant tym razem poszedł z marinero a reszta załogi z Agatą za sterem, zajęła się wyjściem z bezpiecznego miejsca i przeprowadzeniem jachtu. O zgrozo! Wskazano nam miejsce na przystani promowej. Y-bomy pływają i wraz z pływem unoszą się na wodzie. Nie ma potrzeby regulować cum w trakcie stania. Na przystani promowej, polery są na betonce. Podchodzimy przy przypływie. Sam manewr udany ale nie miło będzie załodze tu nocować. Konieczna jest wachta trapowa, żeby w nocy regulować cumy, o ile nie chcemy zawisnąć na knagach, gdy woda opadnie.

Załodze jednak, to nie przeszkadzało. Większość poszła na miasto. A piękne jest i warto było. Wracali w porach odpowiednich, do sprawdzania cum. Na ranem tylko musieli raz wstać, aby poprawić.

Ludka za sterem, Kasia obserwuje

Dzień 3

Spania długiego z resztą nie było. O 0900 przychodzi prom. Więc szybko płacić postojowe i wychodzić w morze. Równocześnie zławiamy wszystkie bieżące sprawy. Zakupy, rozliczenia i najważniejsze, sprawdzanie,  gdzie nas przyjmą na kolejną noc. Nie możemy jej spędzić na morzu jak było w planie. Idzie potężny sztorm.  Problemem tego rejsu okazał się brak miejsc w portach. Poprzedniego dnia, po horyzont, nie widzieliśmy żadnego jachtu. Stały więc w portach. Na zimę przypływają na Kanary jachty z Balearów, więc z miejscami zrobiło się krucho. Jeszcze ten nadchodzący sztorm.

Znaleźliśmy miejsce niedaleko. Kilka mil dalej na wschód. Skoro więc mamy sporo czasu a musimy już wyjść, to zdecydowaliśmy się na spokojny początek dnia na kotwicy. Na redzie portu jest zaciszne kotwicowisko i po 15 minutach już staliśmy. A potem kawusia, śniadanko. Kto chciał zażywał kąpieli słonecznej a kto chciał morskiej. Woda jak na Kanary taka sobie, ale jak na warunki polskie, nawet letnie,  wspaniała.

Najedzeni, wypoczęci, odświeżeni schodzimy z kotwicy o 1045, wychodzimy w morze i o 1120. Stawiamy wszystkie żagle! Fok stanął, ale refowany grot okazał się feralnie wklinowany w maszt. Nie chciał wyjść. Masz babo placek 🙂 Pewnie to wczorajsze szybkie zwijanie na silnym wietrze. Silnik, fok przecz i zaczynamy zabawę. Krzysiek - Hals luz! Arturo z Pawłem- Szkentlę wybieraj! Raz i raz! Szkentla luz! Hals wybieraj! Hals Luz! SzkentIę wybieraj! Raz, i raz, i razem… i nic! Jacht krąży pod klifem, powoli, bo wiatr od lądu 2SE. Jak nie tak, to inaczej! Wyszorowujemy trochę szkentlę, na tyle, żeby się dało za nią pociągnąć żagiel nie w kierunku noku bomu, ale na burtę. I raz, szkentla, raz hals. Powoli zaczął wychodzić. Raz i raz! Raz i raz! Wyszło już pół żagla. Dalej nie chce. Przerwa. Pomyśleć, odpocząć, Jacht krąży tracąc wysokość i idąc trochę w kierunku naszego celu podróży. Próbujemy kolejny wariant. Trochę w innym kierunku, trochę ręcznie, trochę korbą. Znów drobny sukces. Siedzi jeszcze przy topie jakieś 10 cm. Nie dużo ale za nic nie chce wyleźć. Może siłami natury? Stajemy trochę pod wiatr, by żagiel załopotał. Mocno odpadamy, żeby zapracował i … nic. Znów trochę odpoczynku i czas na myślenie. Zwinąć nie można, bo znów się cały wklinuje. Zostawić? Zaraz wchodzimy do portu. Lepiej nie na żaglach. Próbujemy techniki podstawowej, na kabestanach. Trzymamy dość napięty lik wolny, wiatr stabilizuje żagiel. Szkentla 20 cm luzuj! Hals wybieraj! Jeden, dwa, trzy obroty. Patrzę na top, wchodzi równo. Szkentla 20 cm luzuj! Znów kilka obrotów kabestanu z halsem. Znów trochę weszło. Najważniejsze, że równo. W drugą stronę! Hals luz! Szkentlę wybieraj! Raz, dwa, trzy, cztery obroty. Jest! Cały wyszedł! Ulga, radość, zadowolenie z pracy zespołu. Trzeba to było uświetnić w jakiś drobny sposób. Uwolniliśmy żagiel o 1300. Półtorej godziny niewiadomo kiedy zeszło.

Do Pasito Blanco weszliśmy na pamięć. Znamy już to miejsce. Zatrzymaliśmy się przy stacji. Marinero wskazał miejsce przy kei. Zaczęło mocniej dmuchać. Zbliżał się sztorm. Więc znów rzut pieszy lądem a Lipa przestawia jacht. Piękne, klasyczne odejście rufą od kei na szpringu dziobowym przy wietrze od rufy. Wstecz, i od razu pochodzenie rufą z wiatrem. Jacht nabrał prędkości i sterowności. Podejście do wyznaczonego miejsca wymagało przejścia krótkiego odcinka przy wierze bocznym, ale jacht szedł szybko i poszło gładko. Znów wzdłuż jachtów z wiatrem. W końcowej fazie jacht musiał wejść na miejsce przy wierze bocznym z bakburty. Trzeba było zwolnić. Rufa idealnie weszła na swoje miejsce. Dziób dostał silnego wiatru i zaczął schodzić na sąsiedni jacht. Odbijacz, którym kierowała Kasia, był jak zwykle na miejscu. Przydałyby się stery strumieniowe, by pchnąć dziób przeciw wiatrowi, ale ich nie było. Więc cumy rufowe na ląd, muringi wybrane i po chwili jacht stanął jak należy. Dodatkowo dostał z nawietrznej bresty z sąsiedniego jachtu, bo miało wiać.

Było trochę czasu, zwodowaliśmy ponton, zamontowali silnik. Skipper, Paweł, Betty i Agata ruszyli na zwiedzanie portu. Potem za główki, aż na plażę. Ponton płynący jakoś wchodził na falę, ale gdy dotknął brzegu, nadchodzące fale wchodziły na niego. Szybko trzeba było wyciągnąć go na brzeg lub wracać. Plaża zaliczona, słońca nie ma, więc wracamy umoczeni i szczęśliwi! Wieczorem odpoczywamy na jachcie. Trasa tego dnia była krótka, jednak dość emocjonująca i męcząca. Wieczór był jednak długi, bo następnego dnia planowaliśmy długie spanie. Salsa Lipy z Arturem na kei przejdzie do historii.

Kapłanki płodności, czy coś w tym sensie

Dzień 4

Następnego dnia sztorm. Wieje rzeczywiście jak należy. Paweł z Betty, jako zespół słynący z umiejętności znalezienia samochodów do wynajęcia w każdym miejscu świata, załatwiają samochody i jedziemy na zwiedzanie wyspy. Pierwszym wybranym przez nas punktem było stare miejsce kultu przedrześcijańskiego, położone na jakiejś samotnej górze. Kilkumetrowy krąg wycięty w skale, otoczony z jednej strony przepaścią a z drugiej wystającymi kikutami niewielkich skałek sprawiał emocjonujące wrażenie. Podobno oddawano tam cześć jakiejś żeńskiej bogini płodności, coś jak u nas Ładzie lub Mokoszy. Potem, zgłodniali poszukaliśmy restauracji położonej w wysokich już górach, w jaskini wykutej w skale. Było tam klimatycznie, smacznie i bardzo niecodziennie. Już czas na kawę. Pojechaliśmy do Las Palmas. Morzem nie dopłyniemy na  tym rejsie, więc warto choć samochodem. Zachodziło już słońce, wiał silny wiatr. Na plaży Las Palmas czuło się chłód. Mimo to wielu ludzi spacerowało po pasażu i po samej plaży.

Paweł pewnie martwi się o to, co podają w tej kamienicy?

Dzień 5

Rano odwiedził nas masz kolega Mirek z żoną i sympatyczną progeniturą w liczbie 2. Zabraliśmy dzieciaki (młodzież) na przejażdżkę pontonem. Załapała się też Ludka. Potem nieśpieszne pożegnania i czas w drogę. O 1224 uruchomiliśmy silnik, Mirek jeszcze pomógł oddać cumy, Kasia za sterem i wyszliśmy w morze. Na początku wiało ładne 4S. Postawiliśmy żagle. Ucieszyliśmy się, że poprzedniego dnia uporaliśmy się z grotem. Potem wiatr odkręcił na W i osłabł do 1 czyli lekko „w mordę”. Byliśmy schowani za wyspą, więc zdecydowanie to był dobry czas na obiad. Jacht toczył się wolniutko. Kambuz pod kierownictwem Kasi ugotował obiadek. Coś pysznego, jak zwykle na tym rejsie.  Zjedliśmy spokojnie. Nawet pozmywano naczynia. Przygotowaliśmy się mentalnie na silny wiatr. Wyszliśmy tylko za wyspę i zaczęło się. O 1700 już było 7NW i stan morza 5.  5-7 B utrzymywało się całą noc. Dla niektórych to była pierwsza noc na morzu w ogóle, a tu taki wiatr i fala. Ale dla naszej dzielnej załogi była to już bajka. Staraliśmy się nabrać wysokości, idąc wzdłuż zachodniego brzegu Gran Canarii, wyjść na pozycję umożliwiającą żeglowanie powyżej centrum sztormu, usytuowanego  w dyszy między wyspami. W zasadzie się udało, bo nie dostaliśmy tym, co działo się w samym centrum. Tam były porywy do 10B. Im bliżej Teneryfy tym było słabiej, ale stabilne 5-6 trzymało się cały czas. Około 0500 zaczęło przycichać, a o godzinie 0535, przy 3B przechodziliśmy przez główki portu Santa Cruse.

Dzień 6

Po trudnej nocy był czas na zasłużony odpoczynek w porcie.  Kto chciał ten zwiedzał. Na koniec dnia wybraliśmy się wszyscy na kolację do „lokaleskiej” tawerny. Czekając na jej otwarcie, spoczęliśmy w ogródku sympatycznego baru. Jakaś kapela przygrywała lokalne klimaty. Punkt 0800 udaliśmy się do naszej tawerny. W Polsce, Sanepid by ją zamknął. Tam, miała się cudownie. Wszystkie stoliki zajęte. Do stolików przechodziło się przez kuchnię. Do łazienki też. Zapewne na wymóg dotyczący oddzielnych okienek, do wydawania dań i odbierania używanych naczyń, zrobiliby oczy jak krewetki, które też podawali. Dania miejscowe, z miejscowych surowców, więc coś wyłowionego z morza. Oczywiście una jarra! Wspaniały wieczór.

Dzień 7

Ostatni dzień rejsu zaczął się spokojnym pośpiechem. Było blisko. Ale trzeba zatankować i oddać jacht. O 1155 uruchomiono silnik i już o 1215 szliśmy baksztagiem na pełnym foku. Z portu pięknie wyszedł Artur. Nie czuć było wiatru choć wiało 7 NE. Czas szybko minął. Podejście do Radazul nie było łatwe. W porcie silny wiatr od główek. Stacja po lewej, za samymi główkami. Do stacji podchodziła Agata, dziobem pod wiatr. Cóż można powiedzieć. Klasa sama w sobie. Zatankowaliśmy. Z tej pozycji, wejście na stanowisko, przy tak silnym wietrze, byłoby niemądre. Lipa dostał to zadanie. Wyszedł z portu i wszedł rufą pod wiatr. Potem na sterburtę i przy bocznym wietrze między keje, znów na sterburtę i … tak stoimy! Ciasno było, trzeba się było rozepchnąć. Odbijacze na miejscu, cumy na czas. Super!

Ostatnia salsa Lipy. Nie ma lipy 🙂

Odbiór jachtu przeszedł w miłej atmosferze. Marinero zamienił szeklę Betti na śrubkę, więc odzyskała swoją własność. Na koniec zwyczajowo dostaliśmy szampana. Potem już tylko pisanie opinii, rozdawanie pochwał, opróżnianie zapasów jedzenia i napojów. Pakowanie, by na 0900 być gotowym do wymustrowania. Mimo to, zdążyliśmy jeszcze wyjść na plażę, by przy zachodzącym słońcu, wypić pożegnalne una jarra. Skoro w barze grali salsę, to Lipa jeszcze zatańczył kilka kawałków z lokalnymi senioratami.

Radazul, tak stoimy!

To był wspaniały rejs. Każdy kto chciał i umiał,  coś posterował, nawet w manewrach portowych. Posztormowaliśmy i pożeglowali, zwiedzili, zjedli i wypili. Najważniejsze, że był to miły czas spędzony w sympatycznym gronie przyjaciół.

Udostępnij:

Rejs morski na Wyspach Kanaryjskich  2018 – etap 1

Z lotniska poszliśmy na autobus, by o 1400 wysiąść na przystanku na szczycie wzgórza. Do portu Radazul, który widzieliśmy z odległości 400 m miało być blisko. Zaskoczeniem była jednak różnica wysokości.

Ciągnące się serpentyny chodnika wydawały się być nieskończone. Pod ciężarem bagaży uginaliśmy się niczym karawana osłów. Nawet tak wytrwała dziewczyna jak Betty uległa przemożnej sile ciążenia i upadła po drodze po naporem bagażu. Szczęśliwie nic się jej nie stało niemniej zapowiadana przygoda zaczynała nabierać realnych kształtów. Zlani potem doszliśmy do portu.

Klimatyczne miejsce. Zaledwie dwie keje i mała stacja paliw u wejścia. Skipperka Agata zachodzi do biura firmy czarterowej, z którą pływaliśmy nie raz, i otrzymuje dwie rozbrajające w swej szczerości informacje. Pierwsza to taka, że zakupów kambuzowych na rejs dziś nie zrobimy, bo zamknięte są sklepy z powodu święta. Druga ciekawsza. Naszego jachtu nie ma, bo uległ awarii na Wyspach Zielonego Przylądka.  Bezdomni i głodni czekamy na rozwój wypadków.

Czarterownia nie zostawiła nas jednak na lodzie a właściwie na skałach. Jacht zastępczy płynie już do nas z innej wyspy. Będzie gotowy na rano. A tymczasem dostaliśmy na mieszkanie zastępczy jacht numer dwa. Jakie było zdziwienie Agaty i Lipy, że okazał się nim nasz jacht z poprzedniego rejsu. Od razu poczuliśmy się jak w domu. Nie pozostawało nic innego jak poszukać czynnej knajpki. Znalazła się i ugościła nas czym chata bogata, a my nauczyliśmy się pierwszych hiszpańskich słów („una jarra” czyt: una harra, jedno piwo z kija, a dosłownie „jeden kufel”), które jakże często były użyteczne podczas tego rejsu.

O 1000 otrzymaliśmy jacht. Potem szybkie zakupy i szkolenia. Główki portu minęliśmy 1405. O 1425 już pod zrefowanymi żaglami podążaliśmy kursem na północ w stronę La Palmy. Nagle, o 1710 bujnęło nami tak silnie, że koło ratunkowe wylądowało w wodzie. Na wszelki wypadek odpalamy silnik i średnio naprzód. Jacht nie idzie. Wstecz… silnik warczy ale nie idzie. Ani w przód ani w tył. Pal licho koło, co z silnikiem. Przecież to pierwsze godziny rejsu. Szybki telefon do czarterowni by zgłosić awarię. Kazali wracać do Santa Cruze. Wizja wchodzenia do portu na żaglach była inspirująca ale nie koniecznie byliśmy z niej szczęśliwi. Cóż, wracamy. Nie bylibyśmy Słowianami, gdybyśmy jednak sami nie próbowali zaradzić. Dobrze, że Stiepan jest uzdolniony politechnicznie. Stiepan  zaczął przy nim gmerać. Mijały długie chwile. I koło przepadło i silnik zepsuty. Piękny początek.

Nasz niezawodny zespół

Na wodzie zobaczyliśmy małe błyski. To chyba nasze koło. Zew żeglarski nie kazał długo czekać na odzew w naszych sercach. Podejście na żaglach do koła było udane. Niemniej jak zwykle się to zdarza, krótki bosaczek wysokiej burty jachtu pełnomorskiego nie sięgnął „rozbitka”.  Ponowna próba była już sukcesem. Podejście na żaglach i podjęcie koła przy stanie morza 5 o 1745 możemy sobie poczytać za sukces.

La Restinga

Stiepan, który zniknął przy silniku, po wielu próbach, o 1910 zlokalizował usterkę. Spadło cięgno od manetki. Było już ciemno. Zgłosiliśmy wejście do portu. Po uruchomieniu silnika i ręcznego zesprzęglenia na biegu w przód wchodziliśmy do portu. Na długi prostym odcinku aż prosiło się sprawdzić czy można też iść do tyłu. Lipa stał za sterem.  Skipper  przekazała komendę na ustawienie biegów głosem, Becia robiła za telegraf i przekazała Stiepanowi. On ręcznie zesprzęglił silnik na pracę wstecz. Sukces!!! Jacht idzie do tyłu. Manetką można było ustawić prędkość. Telegrafem więc  znów naprzód, między główki portu jachtowego, silny skręt, telegrafem: „wstecz”! Idzie do tyłu. Celujemy w Y-bomy.  Telegrafem: „naprzód”. Hamowanie, cumy, tak stoimy! Ulga. „Można wydać załodze alkohol”. Postój do rana. Na pewno nie wyjdziemy przed naprawieniem silnika. Santa Cruze ugościło nas godnie.

O 1440 po skutecznej naprawie wyszliśmy z portu i zmieniwszy pierwotny plan poszyliśmy na południe. Wydmuchało się widać poprzedniego dnia więc pozostała nam naprawiona kataryna. Dobruś zajął swoje ulubione miejsce w kambuzie i na spokojnej wodzie oceanu mogliśmy spożywać wyśmienicie przyrządzone przez niego risotto na białym winie. Po 25 godzinach bez żadnych przygód dotarliśmy do malowniczej wyspy El Hierro i klimatycznego porciku La Restinga. Następnego dnia wynajętym samochodem ruszyliśmy na zwiedzanie prawie zapomnianej przez cywilizację wyspy.  Dotarliśmy na jej skraj  i południk Ferro, najdalej wysunięty na zachód południk „Starego Świata”. Warto było zobaczyć to przepiękne miejsce pełne skalistych urwisk i urokliwych lasów piniowych. Po całodziennym zwiedzaniu i godzinnym odpoczynku o 2020 uruchomiliśmy silnik i wyszli w kierunku Gomery.

 

Mniamuśne króliki
Do południka Ferro

O 0900 dotarliśmy na miejsce do znanego nam już z poprzednich rejsów portu San Sebastian a już o 1100 mamy samochód i pędzimy po krętych drogach wyspy. Wyspa zupełnie inna, pełna tropikalnej zieleni. Zwiedzamy park narodowy. Długie poszukiwanie w miejscowych restauracjach dały oczekiwany sukces. Znaleźliśmy lokal, który podawał dania ze słynnych kanaryjskich królików. Pychota. W tak sprawnym wyszukiwaniu wszelkich knajp i samochodów nieoceniony był Paweł i jego doskonała znajomość z wujkiem Google.

O 1100 następnego dnia przyjmujemy kurs na Teneryfę. Pogoda przepiękna. Nic nie wieje. Brak zafalowania. Ostawiliśmy silnik. Stoimy. Zachciało nam się pływać w oceanie. Zrzuciliśmy ponton na linie, by się asekurować i do wody. Radości i plumkania było moc. Szczególnie, że towarzyszyły nam w tym sympatyczne delfiny.

Plaża na El Hierro

To był nasz ostatni dzień na morzu, bo o 1825 zawinęliśmy do San Miguel, w którym kończył się ten etap rejsu.

Udostępnij:

Baleary 2017 to już wspomnienie…

Pogoda nam dopisała. Temperatura na Balearach ok 20 stopni. Czasem tylko pokropiło. Szkoda, że na morzu kierunek wiatru mało sprzyjał. Opływając dookoła Majorkę często wiał “w mordę”. Trochę halsowaliśmy, trochę na katarynie żeby zdążyć pozwiedzać. Kilka razy wychodziliśmy na noc lub wczesnym rankiem, żeby zdążyć o ludzkiej porze dopłynąć w ciekawe miejsce i zdążyć coś jeszcze obejrzeć przed końcem dnia. Przede wszystkim była to fantastyczna przygoda.

Continue reading

Udostępnij:

Lubisz naszą stronę? Podziel się tym!